piątek, 12 listopada 2010

"Rock Mann - czyli jak nie zostałem saksofonistą"

Czuję ogromny, ogromny niedosyt po przeczytaniu wspomnień pana Wojciecha Manna.
Nie wiem, czy w ogóle można to nazwać "wspomnieniami" lub "autobiografią".
Ledwo zaczęłam czytać, już skończyłam. I jeśli nie pojawi się druga, trzecia lub nawet czwarta część, będę bardzo rozczarowana.
Oczywiście taka a nie inna forma książki może być fortelem wydawcy (zacnego Znaku), który ma zamiar zarobić kilka razy, ale to nie zmienia faktu, że CHCĘ WIĘCEJ.
Cóż bowiem w "Rock Mannie" mamy (mammy): nostalgię za latami 60 i 70, smaczne anegdoty z przeszłości (czasem złośliwe, ale ciepłe), dużą dawkę autoironii.
Nie mamy (nie mammy) całego KOSMOSU zdarzeń, o których autor mógłby opowiedzieć, ale nie mówi, bo koncentruje się wyłącznie na MAŁYM WYCINKU swoich muzycznych wspomnień i fascynacji.
Śpiewanie ze Stevem Wonderem, częstowanie światowej sławy jazzmanów polo - coctą i Płynnym Owocem, tworzenie hitów dla gwiazd estrady ("Poszukaj muszli na brzegu morza, w brunatnych algach, zielonej wodzie..."), przygody festiwalowe. Zacznę cytować i okaże się, że przepisałam książkę, ech.
Najbardziej podoba mi się zdjęcie przedstawiające mniej więcej sześcioletniego Wojtusia siedzącego na kucyku. Ta mina pt. "co ja tutaj robię", pełna zakłopotania i dystansu...
Panie Wojtku, dziękuję za autograf i CHWILĘ miłej lektury.
Ale jednak ma Pan u mnie przechlapane...

niedziela, 7 listopada 2010

Łupy

Targi książki. Emocje ogromne, chciałabym wkrótce o nich napisać.
Dziś tylko kilka zdjęć okładek. W środku - wspaniałe autografy i dedykacje.
W pamięci przemiłe rozmowy, autentyczne zainteresowanie czytelnikiem (czyli mną).
Miszmasz tematyczny, jak zwykle.
Wspaniałe dni.








 A dzisiaj kupuję gazetę i ...